września 15, 2017

Alfred "Al" Polok, artysta niezwykły i człowiek, przy którym uśmiechnie się nawet największy ponurak! Rozmowa o sztuce, ciszy, ludziach, tym co bliskie sercu...

Alfred "Al" Polok, artysta niezwykły i człowiek, przy którym uśmiechnie się nawet największy ponurak! Rozmowa o sztuce, ciszy, ludziach, tym co bliskie sercu...
Chciałabym, abyście dzisiaj poznali Alfreda Poloka, niezwykłego człowieka o artystycznej duszy, człowieka, od którego emanuje niesamowita pozytywna energia! Przyszykujcie sobie duży kubek gorącej kawy i wielki kawał ciasta, lektura bowiem będzie długa i niezwykle ciekawa!

Ja: Al, to jest zabawne, ale zanim poznałam Ciebie osobiście, najpierw poznałam Twoją twórczość artystyczną. W Twoich pracach jest tyle radości, ciepła, emanuje od nich niesamowita pozytywna energia, że kiedy poznałam Ciebie już osobiście odniosłam wrażenie, jakbym znała Ciebie już od zawsze. Opowiesz mi nieco na temat Twojej twórczości? Kiedy w Twoim życiu pojawił się ten moment, gdy odkryłeś, że malowanie to wspaniały sposób na wyrażenie siebie? Jaki był pierwszy impuls, pamiętasz?

AL: Pamiętam, pamiętam... A co do nas, to prezent od losu (szczery uśmiech), że znamy się „od zawsze”, bo - o ile ja też spostrzegłem i jeśli się nie mylę - łączy nas pozytywna energia w tworzeniu marzeń na podobraziu, co za tym idzie, sprawia nam radość taki przekaz ludziom poprzez sztukę, prawda? Jednak od osobowości artysty zależy jak dogaduje się, czy współpracuje z innymi artystami. Pamiętam: wieki temu na plenerze plastycznym dla amatorów, gdy natknąłem się na gościa, to warczał na mnie, bo mu przeszkadzałem, gapiąc się przez jego ramię, aby śledzić jak dyrygował pędzlem piękny obraz.
Cóż, zdarza się, że artysta wilkiem wobec innego wrażliwca. No dobrze, jaki był mój początek? Otóż w czasie ostatnich wakacji szkoły podstawowej w moje ręce wpadł z jakiejś serii obrazek dziewczynki w fartuszku z kolorowymi łatkami w stylu patchwork, więc zwyczajnie zacząłem kredkami odtworzyć ten malunek. Wyszedł wiernie co do kreski i całkiem fajnie. Coś we mnie tknęło... Czy wtedy odezwało się powołanie? Nie wiem, ale pomyślałem: czemu by nie spróbować dalej. Dalej szło jak w utworze „Bolera” Ravela, od spokojnego realizmu, poprzez ulubiony impresjonizm, do burzliwego ekspresjonizmu i bałaganiarskich eksperymentów (w ciemno) techniką mieszaną. Zawód zecera (odpowiednik dzisiejszego DTP) był zaklepany, więc postanowiłem uczyć się malarstwa jako samouk. Malowałem pejzaże z kalendarzy ściennych, papugowałem czy małpowałem dzieła sztuki z wszelkich albumów m.in. malarstwa francuskich impresjonistów, polskiego malarstwa z lat międzywojennych. Potężnym zastrzykiem dopingu w sensie wiary w moje możliwości, były również niesamowite obrazy Artystów Bez Rąk malujących ustami lub nogami. Muszę nadmienić, że w przygodę z malarstwem także
wciągnął mnie starszy Brat, którego pasja malowania okazała się słomianym ogniem, więc wrócił do wędkarstwa, a mnie popchnął dalej jak kulę kręglową w świat sztuki czyli wspierał mnie i zachęcał, bym się nie poddawał. Poza tym rzewnie wspominam, jak strasznie, niemal śliniąc, zapragnąłem „magicznych” farb olejnych. Kusiły mnie niemożebnie te rarytasy Karmańskiego - chłoptasiowi stojącego przed ladą w sklepie plastycznym dostępnym tylko dla artystów profesjonalnych. W końcu Tato przywiózł upragnione farby z ówczesnej Czechosłowacji, a ja o mało nie uderzyłem się głową o sufit w podskokach z radości. Dlatego do dziś zapach farb olejnych i terpentyny rozkręcają mnie do działania, tym bardziej podbudowując klimat tamtych lat.

Ja: Co jest dla Ciebie istotą sztuki?
Al: Czy mogę śmiało rzec, że sztuka wynika z samej istoty natury? Ba, może nawet Natura jest artystką? Sztuka rodzi się przecież z potrzeby zaimponowania partnerce czy partnerowi, a nawet rywalowi poprzez kunszt tańca, walki, stroju, śpiewu, poezji itd. A my malarze oczywiście naturalnie chcemy zamanifestować
w sposób twórczy swoją obecność, swój pogląd na świat. Zaś według mnie sztuka jest wyrażaniem emocji, realizowaniem marzeń, upiększaniem szarej rzeczywistości czy podkreślaniem jej realiów. Sztuka jest też wyrazem buntu, protestem na niesprawiedliwość i wszelkie zło, „rodzeniem z bólu” jakieś twórczej substancji, poprawianiem bądź tworzeniem nierealnego, intymnego świata w postaci wykonanego dzieła.

Ja: Jeździsz na plenery malarskie? Jak na Ciebie wpływa taka atmosfera plenerowa?

Al: Plenery malarskie, zwłaszcza około dziesięciodniowe to były najpiękniejsze moje urlopy, to niemal prawdziwa akademia malarstwa. Przede wszystkim warsztaty zawsze wyswobodziły moje skrzydełka stłamszone wcześniej codziennością, wtedy równie bardzo dobrze mi się malowało. To raz. Po drugie - atrakcyjne
miejsce, wystarczająco długi czas trwania dla realizacji artystycznych prac dały szerokie możliwości rozwoju osobowości od twórczej strony, a szczególnie pozytywnie wpływały na owocną współpracę między uczestnikami. Atmosfera plenerowa jaką wspominam to: podnoszony prywatny most za moimi zawodowymi sprawami, zapach olejnych farb, terpentyny i kawy rozpuszczalnej, dymek z papieroska w przerwie, wyswobodzony umysł, malowanie ramię w ramię z kompanem na łonie natury, wzajemne poszturchiwanie się łokciami, uśmiech radosny, śmiechy do rozpuku. Teraz prawie wcale nie jeżdżę na organizowane plenery, raczej prywatnie, ale wtedy, gdy mam siły i czas, a z tym niestety trochę trudniej jakoś.

Ja: Czy jest jakiś artysta, który w szczególności Ciebie inspiruje?

Al: Nie było szczególnego idola w całym moim życiu plastycznym. Mistrzowie pędzla zmieniali się jak zmieniało się moje malarstwo. Zanim pojawiła się króciutka fascynacja Szyszkinem i jego niesamowicie realistycznymi obrazami, nagle hurtem w moje twórcze życie wtargnęli francuscy i polscy impresjoniści, potem zaś z wielkim hukiem ekspresjoniści, na krótko wstąpił hiszpański malarz
El Greco, i jak wcześniej wspomniałem, darzyłem miłością autentyczną wobec Artystów Bez Rąk przez ogromne „A”. To wszystko kalendarzowo-albumowi przewodnicy wszelkiej twórczości. A w życiu realnym? Pewnego plenerowego, słonecznego dnia, pewna rezolutna Kumpela zafurczała do mnie tak: „Słuchaj Frugo, przestań papugować i małpować, zacznij myśleć po swojemu i zabierz się do pracy nad własnym stylem”. No więc ta dziewoja - czarodziejka, skaut i anioł w jednym, zbudziła mnie z nieuświadomionego letargu kopiowania czyiś umiejętności. Niemal po 20 latach poszukiwań, zaczęła się moja indywidualna ścieżka w świecie sztuki. Aha, aktualnie bardzo podobają mi się portrety Olgi Boznańskiej.
 
Ja: Obracasz się w kręgu niesłyszących artystów. Jakie były Twoje wrażenia podczas pierwszych artystycznych spotkań?

Al: Pierwszy raz w Przywidzu w 2001 r., uczestniczyłem na plenerze plastycznym dla artystów głuchych i słabosłyszących. Pozwól Luszko, że przypomnę tym, którzy mnie jeszcze nie znają, mianowicie jestem od urodzenia osobą słabosłyszącą, czytającą z ust, uchowany w świecie słyszących, od dziecka nosiłem aparat słuchowy. Więc tak naprawdę pierwszy raz w życiu stykałem się tam z PJM. Stałem z boku i obserwowałem długo i wytrwale na piękną mowę śmigających rąk. Po paru dniach cierpliwość została wynagrodzona, serdeczny przyjaciel, Głuchy posługujący się tylko PJM, życzliwie i z wyrozumiałością wprowadził mnie w jego świat ciszy. Raptem dołączyli się inni artyści, którzy, poprzez rozmowy nocne Polaków do białego rana, przyczynili się, że coraz chętniej poznawałem przebogaty język mowy ciała. Zresztą warsztaty plastyczne niesłyszących intergrują uczestników nie tylko w kwestii wymiany doświadczeń artystycznych, ale również poznawania czy doskonalenia naturalnego języka migowego.

Ja: Podczas jednej z naszych rozmów rzekłeś coś pięknego, mianowicie, że fascynuje Cię każdy człowiek, bo każdy według Ciebie ma do opowiedzenia swoją wyjątkową  historię. Jak myślisz... Czy artyści niesłyszący poprzez swoją sztukę snują inne opowieści niż słyszący?

Al: To oczywista oczywistość, że absolutnie każdy człowiek jest indywiduum i niebotyczną katedrą, do której się wchodzi zdejmując buty i cichutko na paluszkach obserwuje nie tylko jej skarby, ale i tajemnicze wnętrza często na amen zamknięte. Taka jest historia osoby, którą uwielbiam słuchać i ciągle się uczę słuchać, bo czasem nieuważnie potykam się o schody do bratniej duszy. Owszem zdarza mi się „łatwo powiedzieć", czyli generalizować, po którym mam wyrzuty sumienia, natomiast oczywiście uważam, że niegodziwością jest wrzucanie ludzi do jednego wora. Dlatego umówmy się, Luszko, że moje spostrzeżenia o niesłyszącym artyście, to osobiste sugestie jako Słabosłyszak, do których Głusi mają prawo mieć jakieś uwagi, ponieważ nigdy nie odczułem na własnej skórze,
jak to jest być totalnie głuchym. Tak na marginiesie, kiedy mam katar, to jestem głuchutki jak nietoperz bez głowy, ale to stanowczo za mało. A więc wracając do pytania podsuwam, powiedzmy sobie, taki przykład. Jakiś czas temu rzuciłem ciężkie kłody - w postaci bojowego zadania do wykonania - pod nogi artystów z grupy GAG (Grupa Artystów Głuchych), ale im większe oni podejmują wyzwanie, tym bardziej stroszą piórka ochoczo rozwartych skrzydeł, aż się pierzyło po całym dworze. W tym celu zorganizowałem w zamiarze wystawę - eksperyment w Opolskiej Filharmonii, pod tytułem „Muzyka zza ciszy”. Moi kochani Artyści mieli przedstawić w pracach z malarstwa, fotografii, grafiki i instalacji temat w ten sposób, żeby oglądający wystawę notabene słyszący(!) gość miał wizualne wrażenie "słyszenia" muzyki z ich dzieł, lub dowiedzieć się z artystycznego przekazu, jak Głuchy bądź Słabosłyszący czuje muzykę. Ostra ze mnie kosa, nie? W każdym razie, dzielna trupa gagowska wywiązała się z zadania nad wyraz śpiewająco, a ich twórcze
piórka jeszcze długo po wystawie fruwały. Właśnie tym wydarzeniem chciałbym podkreślić, że każda praca artystyczna „opowiadała” swoją odrębną historię, swoje indywidualne przeżycia artysty związane z muzyką. Wreszcie co mnie ujęło w pracach na tej wystawie, uprzejmie przypominając, że wypowiadam się jako osoba słabosłysząca. Jeśli się mylę, to, Drogie/dzy Czytelniczki/cy, zaproście mnie na dywanik do priva, a pokornie wysłucham. Otóż Głuchy lub osoba z dużym ubytkiem słuchu, odbiera dźwięki np. melodię czy rytm wzrokowo, ciałem, nawet organami wewnętrznymi, czy "szóstym zmysłem". Szczególnie zapamiętuje ulubioną muzykę, choćby jej skrawki, czy ją odtwarza gdzieś wewnątrz siebie wtedy, jeśli ma ona ścisły związek z ukochanym miejscem, z ruchem tanecznym baletnicy, erotycznym powabem piosenkarki lub gitarzysty. Co jeszcze zauważyłem? Dla Głuchego muzyką jest rozedrgany kolorami pejzaż, migotliwość odbitego światła i cieni na płaszczyźnie, słoneczne łatki, blask pereł w podwodnym świecie, ruch smyczków w orkiestrze, tlący się ognik w ciemności, chaos na ulicy. Mniej więcej sumując, sekwencja przesuwających się z rytmiczną konfiguracją różnych figur i kolorów sprawiają, że obraz gra. Poza tym, na podstawie jednego dzieła nie można oczywiście wyczytać wszystkiego z dużego kawałka życia artysty, tym bardziej całego życiorysu, Jego obrazy zmieniają się w zależności od życiowych epizodów. Są owszem wyjątki, słyszący artysta również może wzrokowo analizować dźwięczność świata wokół siebie. Trzeba jednak lat obserwacji, aby dostrzeć cienką różnicę artyzmu między głuchym a słyszącym artystą, nie mówiąc o talencie, doświadczeniu i potencjale.

Ja: Jak sądzisz, Al, co mogliby uczynić słyszący, aby pomóc niesłyszącym artystom w rozwijaniu ich talentów, pasji?

Al: Dobre pytanie! A wiesz, Luszko, że bywa odwrotnie. To głuchy artysta może przekazać wiele ze swojej twórczości Słyszakowi, jak na przykład w obrazach zaakcentować głębię ciszy. Pewien młody dżentelmen z Warszawy w ujmujący sposób pokazał, acz powalił mnie dokumentnie, czym jest brak melodii w jego otchłani bez dźwięku. Mianowicie wykonał instalację z prostej ramy w sensie harfy z jednakowo cieniuteńkimi żyłkami (wędkarskimi), niczym nieme struny. W życiu bym nie wymyślił czegoś tak wymownego. Ale odnośnie pytania, opowiem historyjkę znów przywidzką. Pewna bardzo wesoła Pani poprosiła mnie o pomoc, żebym ocenił jej obraz i ewentualnie coś doradził.
Przed moimi oczami ukazał się prześliczny obraz z kwiatami, niemal profesjonalny, ale wszystkie kwiaty w wazonie prezentowały się zbyt układnie, w jednakowym szyku. A ja dopiero co poznawałem PJM i nie miałem pojęcia jak zamigać "urozmaicić kompozycję", Na szczęście wpadłem szybko na pomysł, żeby pokazać poprzez pantomimę różne grymasy twarzy, jak te kwiatki mają się "zachować". Udało się! Bukiet od razu odzyskał ciekawsze światłocienia. Owa Pani mnie za to bardzo polubiła, i nie gniewała, że byłem zbyt wymagający. Poważnie - żeby pomóc niesłyszącemu początkującemu artyście, trzeba znać PJM i umieć po prostu podejść do niego jak zwyczajny, dobry znajomy z
sąsiedztwa. Gdy natomiast jest trudnym, niedostępnym człowiekiem, a chce pokochać sztukę i czuje do niej powołanie, to wtedy czuwać koło niego, czekać cierpliwie aż się odezwie, nie naciskać, dostrzegać jego postępy, a ewentualnie o błędach napomknąć na wesoło, z wyczuciem i w odpowiednich momentach, na tzw. "kanapkę". Zaś o taryfie ulgowej nie ma mowy.

Ja: Uwielbiasz podróżować po świecie, prawda? Czy któraś z tych podróży w jakiś szczególny sposób zapisała się w Twoim sercu?

Al: Ach, żebym mógł podróżować choć raz na miesiąc, niekoniecznie po świecie. Najbardziej mi zapadł w sercu pobyt w Norwegii, przeżyłem tam najpiękniejszą w życiu podróż pociągiem z Oslo do Bergen. Ponieważ to było nocą, zwłaszcza białą w środku lata, to paluchami przytrzymałem powieki moich oczu, żeby nie przegapić na śpiąco mijającego za oknem krajobrazu. A pajzaże takie, że miałem wrażenie, iż jestem na innej planecie. Jechałem wtedy do przyjaciółki, aby pomóc przetaszczyć z powrotem do Polski jej bagaże z całego półrocznego pobytu na stypendium artystycznym. Śmiechu było co niemiara. Kiedy w końcu zajechaliśmy do mojej chałupy, aby przekimać i nabrać siły do dalszej powrotnej drogi, ćwierć wsi lampiło się na nas, jakobym przywiózł świeżo poślubioną żonkę z całym jej dobytkiem. Z ostatnich aktualnych urlopowych wypadów, to wydaje mi się, że na zabój pokochałem rejsy promem czy stateczkiem po morzu. Jednak wciąż najukochańszym na świecie miejscem jest Bałtyk, może dlatego, że nie poznałem jeszcze wszystkich plaż. W dodatku powolutku rozwija się we mnie fascynacja dreptaniem po górach, czyli wiele, wiele przede mną.

Ja: Czy snujesz jakieś twórcze plany na najbliższy czas? Czy czekasz na spontaniczne nadejście weny?

Al: Mam zaklepany plan indywidualnej wystawy jesienią w Opolu. Na razie nie chcę o tym rozpowiadać, by nie zapeszyć, więc zacieram ręce, podwijam rękawy, szporuję kasę na płótna i tak dalej. Wena Twórczalska to, proszę Ciebie, arcyperfidna postać. To pannica ze spuszczonymi oczętami i ani jej się śni podejść do mnie. To ja muszę koło niej okręcić się na kolanach, ubłagać tak długo, aż ona będzie łaskawa chociaż chuchnąć na mnie. Ale zamiast zapachu terpentyny i farb, leci z jej buzi chemiczny zapaszek tabletek na depresje. Innym razem, gdy zaczynam malować w dość niewygodnych warunkach, tzn. nie wiem czy siedzieć, czy klęczeć, kapuśniaczek leci za kołnierzem, pędzle łysieją, brakuje ulubionych farb, za to biała olejna jak twaróg, nie ma gdzie i jak oprzeć podobrazie... A Wena T. jak kotka, nagle wskakuje na moje kolana, całuje moje rzęsy, szepcze do ucha najpiękniejsze wiersze, głaszcze moje skrzydła, czesze paluszkami moją brodę. Wtedy obraz powstaje jak burza piękna z piorunami. Naprawdę nie ściemiam. Im lepsze, komfortowe warunki, tym gorzej malowanie mi idzie, czy ciężko jakoś zacząć, a gdy są wariackie, spontaniczne kłopociki, to obraz też spontan.

Ja: Al, bardzo dziękuję za rozmowę!
Al: Dziękuję bardzo, Luszko!






sierpnia 08, 2017

To nie takie trudne, czyli jak się nie zachowywać wobec osoby nie(do)słyszącej?

To nie takie trudne, czyli jak się nie zachowywać wobec osoby nie(do)słyszącej?
"...[głusi]... cierpią z powodu izolacji, a jednocześnie potrafią się stać częścią społeczności międzynarodowej, przekraczając bariery językowe i kulturowe - coś, o czym my, słyszący, możemy jedynie marzyć. Być może od niesłyszących moglibyśmy się jeszcze wiele nauczyć."
- Olivier Sacks

W każdym kraju Głusi mają swój ojczysty język migowy, natomiast International Sign (czyli Międzynarodowy Migowy)

lipca 24, 2017

Rozmowa z Małgosią Barwicką, aktywną działaczką PZG na temat jej pracy, pomysłów, a także kobiecych spraw :) Dużo zdjęć!

Rozmowa z Małgosią Barwicką, aktywną działaczką PZG na temat jej pracy, pomysłów, a także kobiecych spraw :) Dużo zdjęć!


 Dzisiaj poznacie kolejną nietuzinkową osobę ze świata ciszy. Jest to Małgosia Barwicka, moja bliska koleżanka. Małgosia to osoba, której pogodny uśmiech nigdy nie znika z buzi. Z wdziękiem realizuje wiele ciekawych pomysłów i projektów.

Jeśli ktoś z osób słyszących twierdzi, że osoby żyjące w świecie ciszy są nieporadne, niesamodzielne i z uwagi na niedosłuch czy głuchotę niczego nie mogą zorganizować - takim biednym słyszącym bez wyobraźni mogę tylko się zaśmiać prosto w twarz. Małgosia jest żywym dowodem na to, że - chcieć to móc, całą sobą udowadnia, że osoby niesłyszące również mogą być wspaniałymi organizatorami, pracownikami biura, aktywnymi działaczami potrafiącymi współpracować z osobami słyszącymi.

Ja: Małgosiu, w środowisku niesłyszących wszyscy kojarzą Ciebie z aktywnych działań na rzecz PZG. Bardzo często organizujesz różne zajęcia i wycieczki. Powiedz skąd czerpiesz tyle pomysłów na aktywne i ciekawe spędzanie czasu z innymi?

Małgosia:
Naprawdę? (śmiech) To jest bardzo miłe uczucie, że jestem kojarzona w taki sposób. Mam mnóstwo pomysłów, z którymi chciałabym się dzielić. Trzeba po prostu tego chcieć. Moje projekty, które składam co roku pod koniec grudnia instytucjom publicznym np. do Urzędu Miasta czy do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Tomaszowie (i nie tylko) są inspirowane z myślą o głuchych podopiecznych, żeby nie zamykali się w czterech ścianach, żeby się rozwijali i korzystali z szansy rozwoju, jaką oferuje głuchym Terenowy Ośrodek Rehabilitacji i Wsparcia Społecznego Niesłyszących w Tomaszowie (dawne Koło Terenowe). 

Każdego roku są realizowane inne projekty. W tym roku pierwszy raz zorganizowałam warsztaty kwiaciarskie, które były robione na zewnątrz i wewnątrz kwiaciarni. 
 Każda z kobitek uczestniczyła w warsztatach, gdzie najpierw pani właścicielka kwiaciarni demonstrowała jak wykonać różne ozdoby, stroiki z żywych kwiatów, a potem trzeba spróbować zrobić to samemu. To było nie lada wyzwanie, ale kobitki dały radę i wyszły piękne cuda.

Zorganizowałam też np. warsztaty kosmetyczne, bo chciałam pokazać kobitkom jak to jest być piękną, zadbaną. Każda z pań nie miała nigdy okazji skorzystać z takich przyjemności, a nawet bycia w salonach piękności, dlatego pomyślałam „czemu nie”. Dlatego omówiłam swój pomysł z koleżanką, która jest właścicielką salonu kosmetycznego (z której osobiście sama korzystam). 





Pomysł się wszystkim spodobał. Marta (kosmetyczka/wizażystka) bardzo się zaangażowała i chciała pokazać jak najwięcej, oczywiście każda kobitka była poddana jej zabiegom (bezbolesnym na szczęście 😀 ), i każda wyszła z salonu zadowolona, odmieniona, zrelaksowana i odmłodzona.


Do projektu na stałe wprowadziłam m. in. warsztaty kulinarne, gdzie pokazuję głuchym jak robić smaczne desery czy zdrowe koktajle.
A skąd wszystko czerpię? Często oglądam programy o tematyce kulinarnej, gdzie ukazane są różne przepyszne i sprawdzone przysmaki na różne okazje, czy podróżniczej – analizuję gdzie naprawdę warto pojechać. W tym roku mamy w planie zwiedzanie miasta Kopernika – Torunia.


Czasami pomysły przychodzą same mi do głowy.
Zawsze staram się, żeby głusi z Tomaszowa z przyjemności, jakie oferuje im tomaszowski Terenowy Ośrodek Rehabilitacji i Wsparcia Niesłyszących mieli jakieś fajne wspomnienia, które warto zbierać i pielęgnować, aby później do tych wspomnień z chęcią i przyjemnością wracać. Wszystkie realizowane projekty są z myślą o potrzebach głuchych. Jednak wszystkie projekty łączą się z finansami, które trzeba zdobywać.

Ja: Dużo podróżujesz zarówno po Polsce jak i po świecie. Jak uważasz, co dla osób niesłyszących stanowi największą przeszkodę w podróżowaniu? Czy np. na polskich dworcach PKS i PKP coś zmieniło się na lepsze?


Małgosia: Oczywiście, dużo podróżuję, czasami z grupą (jest raźniej). Wybieram wtedy sprawdzonych przyjaciół, z którymi nie sposób się nudzić. Czasami jeżdżę też sama. Największą przeszkodą głuchych w podróżowaniu stanowią finanse. 



Z reguły głusi mają niskie dochody, albo nie mają w ogóle pracy I brak umiejętności radzenia sobie ze sobą (zdarza się to u osób starszych, mających problem z pamięcią, z czytaniem). Z młodymi jest inaczej, są bardziej operatywni i spontaniczni. Wg mnie na polskich dworcach PKP czy PKS brakuje jeszcze zmian. Generalnie powinien być dostęp do tłumacza albo videotłumacza.

Ja:
Od długiego czasu wśród niesłyszących furorę robią wycieczki organizowane przez państwa Żurawskich. Uczestnicy tych wycieczek wracają zawsze zadowoleni i bardzo sobie chwalą bardzo dobrą pracę organizatorów. Jak myślisz, na czym polega fenomen tych wycieczek? 

 Małgosia: Tak, potwierdzam. Od kilku lat jeżdżę z Pawłem i Elą Żurawskimi na wycieczki przez nich organizowane. Można powiedzieć, że weszłam do tej grupy uczestników już na stałe (śmiech).

Wycieczki są dobrze przemyślane, zorganizowane, rewelacyjne, dopięte na ostatni guzik. Uczą też poznawania samego siebie, a co najważniejsze są pełne humoru i swobody. Mają w sobie coś „niezwykłego”. Nie potrafię tego ująć w słowa, po prostu trzeba być i przeżyć wspólnie przygody. Ich aura stwarza, że wycieczkowicze to jedna rodzina. Fenomen tkwi w samych Żurawskich 🙂

Ja: Też mi się tak wydaje, że serdeczność i fantastyczna osobowość państwa Żurawskich sprawia, że ludzie są gotowi wyruszyć z nimi nawet na koniec świata:) A teraz pogadamy o typowo babskich sprawach... Zdradzisz jaki jest sekret Twojej promiennej cery? Twój piękny uśmiech i pogoda ducha to bez wątpienia najlepszy kosmetyk. Czy masz jakieś ulubione kosmetyki, które poleciłabyś? 

 Małgosia: Bardzo mi miło usłyszeć takie komplementy. Człowiek po tych słowach jest pozytywnie nastawiony do świata. Jeśli chodzi o urodę to nie mam żadnych specjalnych sekretów, po części są to geny (banalnie mówiąc). Często się śmieję, bo śmiech to zdrowie 😀 a uśmiech na twarzy kobiety jest bardzo ważny, a przede wszystkim trzeba dbać o zęby, żeby uśmiech był zniewalający i przenosił się na innych. Trzeba mieć pozytywne nastawienie do życia 🙂
Poza tym w ogóle nie korzystam z solarium, maluję się tylko na szczególne okazje. W ogóle nie myję twarzy mydłem, bo wiadomo mydło wysusza skórę na twarzy, tylko wacikiem nasączonym płynem micelarnym i delikatnie ocieram twarz (skóra wokół oczu jest bardzo delikatna), szyję i dekolt. Później na twarz spryskuję w aerozolu wodę termalną Vichy (kupić można tylko w aptekach), następnie nakładam olejek (też do kupienia w aptece) i okrężnymi ruchami wykonuję masaż twarzy, szyi i dekoltu.
Taką czynność wykonuję codziennie rano i wieczorem. Po tym wszystkim czuję się zrelaksowana po całym dniu.
Poza tym cenię naturalność, doceniam piękność w każdym wieku. Szkoda tylko, że inni nie potrafią zaakceptować swojego wyglądu i poprzez stosowanie różnych „sztucznych poprawiaczy” niszczą swoje piękno.
Szczególną uwagę zwracam na zdrową żywność, piję dużo wody niegazowanej, soku karotka, nigdy nie słodzę, a jeśli już to do kawy stosuję cukier brązowy.

Ja: Małgosiu, czy znane są Tobie jakieś kosmetyki naturalne, których lubisz używać?
 

Małgosia: Kosmetyki, które używam na co dzień to od lat sprawdzony płyn micelarny Nivea, różne olejki do twarzy (np. ostatnio firmy Perfecta, można było kupić w Rossmannie albo olejek arganowy). Od czasu do czasu stosuję na twarz wodę termalną Vichy (szczególnie latem). Jeśli chodzi o kremy to polecam Cetaphil (też w aptekach). Kiedyś próbowałam różnych kremów, długo stosowałam sprawdzony i niezawodny krem Nivea, ale z wiekiem skóra u kobiet się zmienia. Krem nawilżający Cetaphil stosuję od dłuższego czasu i jest sprawdzony, polecam osobom o suchej i bardzo suchej skórze, i też problematycznej (sama przez wiele lat borykałam się z tym problemem). Kosztowało mnie to wiele cierpliwości i nakładów finansowych, ale się opłaciło, bo jestem zadowolona z efektów 🙂

Ja: Skoro już mówimy o pielęgnacji urody to czy mogłabyś opowiedzieć o zorganizowanym przez Ciebie spotkaniu w gabinecie kosmetycznym, gdzie grupę klientek stanowiły osoby niesłyszące?

 Małgosia: Spotkanie Ci opisałam w pierwszym pytaniu. Nadmienię tylko, że byłam tłumaczem, a obsługa głuchej kobitki nie stanowiła żadnego problemu dla kosmetyczki, a nawet sama próbowała porozumieć się w prosty sposób.

Ja: Jak myślisz, gdyby w gabinetach kosmetycznych był dostępny tłumacz, pracownik znający PJM lub wideotłumacz - czy niesłyszące kobiety częściej korzystałyby z tego typu usług?

 Małgosia: Oczywiście, jak najbardziej Każda z nas ma potrzebę być piękną. My, kobitki, musimy pokazać, podkreślić swoją naturalną kobiecość. Pozwolę sobie zamieścić motto Vivien Leigh „nie ma brzydkich kobiet, są tylko kobiety, które nie wiedzą, że są piękne”, które idealnie pasuje do tego tematu. Sprawdza się teoria, że jak zadbasz o siebie to będziesz miała lepsze samopoczucie i lepszy humor. I to jest najszczersza prawda J (np. moja mama jak chce sobie poprawić humor to leci na zakupy albo do fryzjera i przylatuje uśmiechnięta, odmieniona i odstresowana i jest spokój w domu 🙂 ).

Ja: Małgosiu, bardzo dziękuję Tobie za tą rozmowę i przede wszystkim za poświęcony czas, bo zdaję sobie sprawę, że ostatnio masz go niewiele. Bardzo się cieszę, że zgodziłaś się na publikację tej rozmowy, tych wszystkich zdjęć. Ukazanie cząstki Twojego życia to szansa na to, aby pokazać osobom słyszącym, że ludzie ze świata ciszy to ludzie tacy sami jak oni - potrafiący się cieszyć życiem, posiadający głowę pełną marzeń i przede wszystkim ludzie, z którymi warto współpracować :)

 

lipca 22, 2017

Co utrudnia osobom g/Głuchym i słabosłyszącym odczytywanie mowy z ust?

Co utrudnia osobom g/Głuchym i słabosłyszącym odczytywanie mowy z ust?

Dowiecie się tego z tekstu na stronie, do której Was odsyłamy:

lipca 14, 2017

Renia i jej pasje. Krótka rozmowa o scrapbookingu i mandalach. Dużo zdjęć! :)

Renia i jej pasje. Krótka rozmowa o scrapbookingu i mandalach. Dużo zdjęć! :)
Kochani, no cóż... Planowałam na tym blogu regularnie coś publikować, ale jak zwykle - postanowienia swoje a życie swoje, człowiek coś planuje, a życie plany mu krzyżuje ;) Więc dzisiaj po długiej przerwie, bardzo chciałabym, abyście poznali moją koleżankę Renię Rosiek, którą uwielbiam za jej niezwykłe wewnętrzne ciepło, serdeczny uśmiech i dobroć, którą się odczuwa na wiele kilometrów (kto Renię zna, ten dobrze o tym wie :) ). Poza tym, jako miłośniczka rękodzieła artystycznego, wszelkich prac plastycznych jestem zachwycona twórczością Reni w tym zakresie, postanowiłam więc z nią o owej twórczości pogadać i za jej zgodą zaprezentować Wam jej wyjątkowe prace! Renia jest osobą niesłyszącą, obraca się zarówno w świecie ciszy jak i wśród ludzi słyszących.

Ja: Reniu, na Facebook'u prezentujesz wiele swoich pięknych prac rękodzielniczych. Wiele osób, w tym ja również, zachwycamy się techniką jaką tworzysz swoje prace. Co to za technika, którą wykonujesz swoje notesy?

Renia: Na początku pragnę przekazać, że miło mi, iż prace się podobają. Ozdabianie okładek notesów jest moim ulubionym hobby. Technika jaką stosuję to mixed-media. Ta, technika polega na mieszaniu mediów np: gesso, gel medium z farbami akrylowymi, mgiełkami oraz z różnymi dodatkami itp.


Ja: Czy sama wypracowałaś taki sposób tworzenia, czy ktoś lub coś Ciebie zainspirowało?

Renia: Nie. Na początku oglądałam prace innych Pań, które stosowały taką technikę. Miałam szczęście, że wcześniej zainteresowałam się scrapbookingiem od jednej głuchej osoby, która ozdabiała taką metodą, a raczej nadal ozdabia przepiękne kartki na różne okazje. Poprzez jej znajomych na Facebooku poznałam blogi tych pań, które wypracowały swój sposób ozdabiania notesów, kalendarzy, przepiśników tą techniką. One, również organizowały takie warsztaty, stąd nauczyłam się robić coś takiego. Po swojemu z czasem zaczęłam ozdabiać  okładki notesów, kalendarzy, przepiśników.

 Zdjęcie użytkownika Cisza Motyla - Nerena.



Ja: Malujesz cudowne mandale. Wiadomo, że mandala to wywodzący się hinduzimu symbol tworzony przez mnichów w trakcie medytacji. Podobno psychoanalityk i psychiatra Carl Gustav Jung odkrył, że malowanie mandali ma terapauetyczne działanie. Zgodzisz się z jego teorią? Co Ty sama odczuwasz tworząc takie mandale?

Renia: Tak, zgodzę się z teorią Junga, że mandale mają taką moc terapeutyczną w poznawaniu samoświadomości, samego siebie, swoich dobrych i złych stron. Rysowanie mandali pozwala poznać nas od strony duchowej, naszych działań. Jest też, jakby malutkim “krokiem naprzód” w tym, co robimy, jakie będą nasze działania na przyszłość. Malowanie mandal pobudza nieświadomość, kreatywność, poznawanie siebie samego, tego co jest w nas ukryte. Kolory oraz ich symbolika, figury, jakie znajdują się w tym kręgu to inaczej nasze ukryte uczucia, emocje itp. Po skończonym rysowaniu na spokojnie analizujemy to, co chcieliśmy oddać w kręgu, który jest takim bezpiecznym naszym miejscem. Przed malowaniem mandali należy się rozluźnić. Nie jest to mechaniczne ot takie rysowanie. Potrzeba odpowiedniego momentu, miejsca oraz chwili, aby spokojnie nad tym skupić.




Ja: Zauważyłam, że często jeździsz na różne zloty, na Comber na przykład. Co to takiego?
Renia: Takie zloty to inaczej spotkania wielu rękodzielniczek z całej Polski, a tak naprawdę “Scrapterek” tych od scrapbookingu, decoupage I nie tylko. Na tym zlocie różne sklepy scrapbookingowe wystawiają swoje produkty do wielu technik artystycznych. Odbywają w takich miejscach również pokazy, warsztaty, Scrapterki wymieniają swoimi doświadczeniami, wycinkami, kartkami itp. 

Zdjęcie użytkownika Cisza Motyla - Nerena.

Ja: To fantastyczna sprawa! A jak wyglądają Twoje relacje z osobami słyszącymi na takich zlotach? Jak się dogadujecie?
Renia: Na zlotach część scrapterek znam z Facebooka lub blogów, które prowadzą. Bardzo Dziękuję mojej głuchej znajomej za to, że wprowadziła mnie w ten świat. Z komunikacją z nimi nie ma problemów. Są bardzo tolerancyjne. Na zlotach nawet próbowały się nauczyć migać lub poruszać powoli ustami. Nawet, jak byłam na warsztatach i powiedziałam im, że nie słyszę - mówiły, że nie ma problemu, że będą mi wszystko pokazywać, albo mogą mi napisać na kartce to, co chciałyby powiedzieć, pomogą pokazać jak coś wyciąć lub skleić, doradzą. Wszystko to zależy od osobowości osoby prowadzącej takie warsztaty.


Ja: O, tak to prawda, Reniu - wszystko zależy zarówno od osobowości osoby prowadzącej, jak i jej dobrych chęci. Powiedz mi, jak sądzisz, czy dobrym pomysłem byłoby organizowanie warsztatów rękodzielniczych dla kobiet niesłyszących? Jaki typ rękodzieła najchętniej byś promowała wśród niesłyszących?

Renia: Uważam, że takie warsztaty byłyby  fajnym pomysłem. Ale...  niestety jako warsztaty płatne, ze względu na koszt materiałów do prac. Tłumacz języka migowego, też czasami musiałby się przydać. Co do propozycji, na początku, moim zdaniem można zacząć od czegoś łatwiejszego np. od tworzenia łatwiejszych kartek. A potem wprowadzić inne, bardziej skomplikowane techniki, przykładowo: mediowanie przedmiotów użytkowych lub do ozdoby tj. okładki, pudełka,  itp. tego, co będzie się niesłyszącym podobało.


Ja: Bardzo dobry pomysł, Reniu! Miejmy nadzieję, że ktoś kiedyś zechce organizować takie warsztaty dla niesłyszących. Byłaby to dla wielu osób okazja do wyjścia ze czterech ścian i okazja do rozwijania nowego hobby. 
Reniu, czy malujesz jakieś obrazy? Czy masz jakieś swoje ulubione, konkretne tematy w swojej twórczości?
 

Renia: Zależy, co maluję I w jakiej technice. Ostatnio polubiłam mandale, Zentangle® , które maluję od czasu do czasu wieloma technikami artystycznymi. Lubię wzornictwo, ozdabianie. Sprawiają mi ogromną radość, świetnie odziałowują na wzrok, samopoczucie, dla mnie mandale emitują pozytywne wibracje.

Ja: Reniu, bardzo dziękuję za poświęcony czas! Cieszę się, że opowiedziałaś o swoich artystycznych pasjach. Mam nadzieję, że to zainspiruje zarówno słyszących jak i niesłyszących do organizowania takich warsztatów, które by były świetną okazją nie tylko do tworzenia rękodzieła, ale także integrowania się.